wtorek, 15 kwietnia 2014

Pomoce Montessori: Wycinanie

Na podstawce(u nas talerzyk) leżą nożyczki i paski papieru z liniami po których dziecko może wycinać różne kształty.



Nasza pomoc zdążyła się już nieco zakurzyć, dzieci przestały po nią sięgać. Warto w takiej sytuacji spróbować uatrakcyjnić ją w jakiś sposób. Korzystając z przedświątecznej "aury", stworzyłam takie pisanki.


piątek, 11 kwietnia 2014

Podróże palcem po mapie: w Kraju Kwitnącej Wiśni

Wczoraj odwiedziliśmy zaprzyjaźnioną rodzinę z sąsiedniej wioski.
Postanowiliśmy razem wybrać się w podróż do Japonii.

Teresa pokazuje dzieciom mapę, razem szukają archipelagu około 4 tys. Wysp Japońskich.

Kapitan Leo sprawnie opracował trasę i zaprosił nas na swój statek.
Nasza podróż była długa i wyczerpująca.
Marynia, okrętowy kuk, przygotowywała nam pyszne posiłki w kambuzie.
Dzięki niej przetrwaliśmy wszelkie niedogodności. Z pełnym brzuchem zawsze raźniej!

Tolo wypatruje brzegu i powiewającej flagi Kraju Wschodzącego Słońca


Gdy dopłynęliśmy zasiedliśmy do drugiego śniadania, oczywiście na podłodze. 
Teresa opowiedziała nam o Japonii. 
Obejrzeliśmy walkę sumo i judo. Chłopcy chwilę potrenowali sztuki walki, po czym czmychnęli na górę oddawać się swoim zajęciom, czyli zabawie playmobilami.
Dziewczynki zamieniły się w dwie śliczne blond japonki i w kimonach przystąpiły do tradycyjnego układania kwiatów, ikebany (przy wtórach tej muzyki):


tradycyjny ukłon ze złożonymi rękoma




Na obiad przyrządziliśmy sushi. Dzieci nas zaskoczyły. Myślałyśmy, że nasi chłopcy wzgardzą tą potrawą, a dziewczynki będą pałaszować. Było inaczej. Tolo dzielnie przełknął jeden kawałek. Leon wcinał. Róża jadła, ale bez swojego: "mmmmm"(kto ją zna, ten wie o co chodzi:). Maryni za to zdecydowanie nie zasmakowało i marzyła o ziemniakach.
Piliśmy też zieloną herbatę, która przypadła do gustu jedynie Tolkowi.
Już jestem ciekawa, jak będzie z innymi kuchniami Świata.





Na koniec zajęliśmy się jeszcze japońska kaligrafią. Dzieci pisały swoje imiona katakaną(otrzymałam dzień wcześniej mały instruktaż od znajomego, mam nadzieję, że dobrze przepisałam). Poprosiłyśmy też tłumacz google, żeby przeczytał nasze imiona. Największą radość miał Stefan, gdy usłyszał, jak pani go woła z komputera, skakał i klaskał(Stefan- trzeba nacisnąć ikonkę głośnika).




Tolo, jak to Tolo raczej nie lubi robić takich rzeczy na jeden gwizdek, kaligrafią zajął się dziś w domu.

Japonia jest wspaniała. Polecam wybrać się choćby na jeden dzień, tak jak my.
Sajonara.



Pomoce Montessori: dzbanuszki

Stefan, tak jak starsza siostra w jego wieku, jeszcze nie chodzi, ale potrafi się wysoko wspinać.
Postanowił więc dziś sam sięgnąć po pomoc. Prosta sprawa. Wystarczyło podsunąć krzesełko do półki, kiedy mama wyciągała ubrania z pralki i baaach...
Matka, o dziwo, całkiem się ucieszyła, bo miała upgrejdować tę pomoc, wlewając kolorową wodę, ale nie udało jej się kupić barwnika. Ponieważ i tak ryż był już wszędzie, postanowiła pokazać zaciekawionemu synkowi w jaki sposób przesypywać ryż z dzbanka do dzbanka. Przy okazji będzie mogła opisać pomoc na blogu.
  • Dzbanuszki ustawiamy w powyższy sposób, tzn. uszami do zewnątrz, w prawym zawartość(ważne jest to, żeby przesypywać z prawego do lewego, bo czynność ta ma m.in. przygotowywać do pisania-od lewej do prawej).
  • Żeby zaprezentować dziecku pomoc, nie trzeba nic mówić. Wystarczy mu wyraźnie pokazać("teatralnymi" gestami): złapać dzbanek za ucho prawą ręką i podtrzymując lewą pod dziubkiem przesypać zawartość. Gdy ryż będzie już przesypany, wystarczy przekręcić tackę i wskazać dziecku, żeby samo to wykonało.
  • Tacka jest kontrolą błedu. W metodzie Montessori ważne jest to, żeby dziecko mogło samo sprawdzić, cy dobrze wykonało zadanie (tu, jeśli ryż jest celnie przesypany, nie będzie ziarenek na podkładce).







Jestem w szoku... Stef zaskoczył mnie swoją precyzją. Gdyby sam nie sięgnął po tę pomoc, nie wiem, kiedy bym mu ją zaproponowała...może za rok?:)
Dzieci są bardzo mądre i codziennie odsłaniają mi jakieś klapki z oczu.


środa, 9 kwietnia 2014

Linnea na kwiecień



O Linnei pisałam już tu.
W tym miesiącu ta urocza dziewczynka podpowiada, jak można stworzyć własną działkę i nie trzeba być w posiadaniu ziemi (w sensie terytorialnym), wystarczy donica i balkon/parapet.


Zaczęliśmy od przygotowania nawozu. Kruszone skorupki jajek. Nie wiem, czy są korzystne dla naszych roślin, ale mają w sobie dużo związków mineralnych i z tego, co wyczytałam dobrze służą pomidorom.
Zbierałam skorupki z myślą o stworzeniu pomocy Montessori, która by polegała na młóceniu ich w moździeżu. Moździeża jeszcze nie zorganizowałam, więc radziliśmy sobie w następujący sposób:



Następnie dzieci wymieszały powstały "nawóz" z glebą (zwracam uwagę na pojawienie się dodatkowej pary rąk):
Pomocna dłoń Cioci Martusi okazała się nieodzowna zwłaszcza w następnych etapach pracy. Dzięki niej udała mi się dokumentacja przedsięwzięcia.
Wyznaczanie ścieżek pomiędzy grządkami:
Przystępujemy do wysiewu:
Gotowe! 
Dzieciom bardzo się podobało. Ciekawe, czy będą im smakować plony.
Taki własny kawałek ziemi niesamowicie działa na wyobraźnię. U Linnei, w książce, rezyduje ogrodnik i małe króliczki. Róża stworzyła ogród dla baletnicy(musimy wykombinować jakąś, chociaż zastanawiam się czy nie podsunąć jej innej postaci, z jednej z ulubionych książek. Myślę, że słonikowi Pomelo mogłoby się tu dobrze mieszkać).
Teraz będziemy musieli tylko trochę poczekać, aż działki się rozrosną.
"Żołnierzyki się już bardzo niecierpliwią". Nie dziwię im się, myślę, że w koszarach Tolka czeka ich niezły trening.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

w ZOO

Wczoraj spontanicznie wybraliśmy się do Zoo.
Rekin straszył:

 Mrówkojady niestety spały (moje ulubione goryle też):
 Żyrafy niespecjalnie wyciągały szyje w górę:
 Kameleon:
 Waleczne pawiany:
Ponad roczny nosorożec jest ciągle dzidziusiem, pije mleczko:

 Na placu zabaw fajnie:

 "Tu tu":
Było super.

piątek, 4 kwietnia 2014

czereśniowo

Drzewo ze zdjęcia raczej czereśniowe nie jest. Myślę, że to jakaś mirabelka, czy śliwka. Sprawdzę to za kilka miesięcy.
Ale cieszy mnie, że czereśnie też gdzieś tam już kwitną. Pszczoły zapylają kwiaty i nie dość, że szykują przy tym owoce do clafoutis, to zajmują się produkcją mojego ulubionego miodu. Mam na dnie słoika resztkę tego czereśniowego cymesu, więc liczę na dobre zbiory pszczół w tym roku, a co za tym idzie i sadowników. Naczynia połączone.

Dziś chciałabym przedstawić pewną książkę obrazkową. Bez słów, ale bardzo bogatą w treści.
Książka opisuje wiosenny dzień mieszkańców ulicy Czereśniowej.
Bardzo podoba mi się to, że poza podpatrywaniem przygód poszczególnych bohaterów, możemy też obserwować, co aktualnie zachodzi w przyrodzie. Co robią zwierzęta w zagrodzie, ptaki. 
Akcja dzieje się przede wszystkim w mieście, ale  zaczyna się na przedmieściach i w tle widać też krajobraz wiejski. Mamy więc możliwość zerknięcia na to, jak wiosną pracuje się na polach i w lesie.
Z tyłu okładki jest kilka postaci z krótkim intrygującym opisem, który zachęca do rozpoczęcia śledzenia ich perypetii.
Tolka dziś wieczorem pochłonęła sprawa ze skórką od banana...nie udało nam się jej jeszcze rozwikłać, sama jestem ciekawa, o co chodzi...

Książka "Wiosna na ulicy Czereśniowej" jest jedną z 5-tomowej serii. My kupujemy cyklicznie, nie tylko dlatego, że fajnie jest mieć książkę pasującą do tego, co jest za oknem, ale też z tego powodu, że wydawnictwo Dwie Siostry zazwyczaj z okazji zmiany pory roku ogłasza jakąś miłą promocję. Brakuje nam jeszcze "Nocy" i "Zimy", na tę ostatnią mam nadzieję jeszcze długo czekać:) 
Tymczasem: