Pokazywanie postów oznaczonych etykietą montessori. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą montessori. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 listopada 2014

Przygody z książką odc.4 (5): manufaktura

W miniony weekend byłam na moim kursie Montessori. Zaczęliśmy przerabiać dział językowy, toteż chciałam skorzystać z mojej poszerzonej wiedzy na temat nauki pisania i czytania i popracować trochę z dziećmi na szorstkich literach....ykhm...no i jakoś tak nikt ze starszaków nie chciał się do mnie przyłączyć, mieli ważniejsze rzeczy do roboty. 
Tylko Stefan się na chwilę zainteresował. Spodobała mu się mała litera "r". Wodził po niej paluszkiem i powtarzał za mną: "brrr, brrr" (To znaczy ja oczywiście mówiłam: "r", ale on w ten sposób ją wymawiał, przypomnę, że ma ~1,5 roku):


Postanowiłam więc nie naciskać i zrobiłam sobie książeczkę z obrysowanych liter. Użyłam do tego takiego cieniutkiego papieru, którym mój Mąż miał opakowaną jakąś przesyłkę. Jest cieńszy od zwykłej kartki, ale grubszy niż bibuła:






Nie musiałam długo czekać na towarzystwo: 



Poszłyśmy z Cinderellą (dawniej Różą) poczytać książeczki na naszym prowizorycznym "stoliku świetlnym"(plastikowa taca za 7 zł i ledowe lampki choinkowe na baterie za 10 zł - wszystko z IKEI, polecam) :




Tolowi, to co robiłyśmy, skojarzyło się z drukarnią w Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym niedawno byliśmy: 


Wybrał więc sobie następujące słowo:


Najpierw musiał porządnie zatemperować kredkę:


by zabrać się do żmudnej pracy:




Wpis umieszczam w ramach akcji "Przygody z książką"( w linku lista wszystkich uczestniczek, warto zajrzeć). Niestety dwa tygodnie temu ominęłam jeden odcinek, bo mieliśmy napięty harmonogram ze względu na wizytę gości, którzy mieszkali u nas jakiś czas.
Bardzo się ucieszyłam, że zrobiliśmy dziś te książeczki, dzięki czemu miałam temat na post i nawet wyjątkowo wyrabiam się w terminie z publikacją:)


środa, 24 września 2014

Jesień


Jesień przyszła wczoraj z przytupem.
Było zimno, mokro i wietrznie.
Z okazji jej nadejścia zrobiliśmy sobie lekcję a la Montessori (nauka o kosmosie jest jeszcze przede mną na moim comiesięcznym kursie, więc zdałam się na to, co gdzieś, kiedyś widziałam i co mi w domu wpadło w ręce:).
Poprzedniego dnia wycięłam białą strzałkę (z pianki eva), ćwiartki koła w czterech kolorach (z filcu) i przygotowałam podpisy z odpowiadającymi im porami roku.
Rozmawiając, co nam przypomina każdy kolor ułożyliśmy koło i dopasowaliśmy nazwy.
Tolo oznaczył strzałką jesień...ale Róża postanowiła go poprawić...



w pierwszej chwili myślałam, że ustawi na lato, ale na szczęście ugryzłam się w język i nie zaczęłam jej korygować, bo...


Rózia postanowiła wskazać, że jesień się dopiero zaczyna:) 


Następnie dzieci dopasowywały ilustracje drzew (albo ich fragmentów), fotografowanych w różnych porach roku. Niestety nie mam kolorowej drukarki i laminatora, więc nie są to profesjonalne karty, ale szczęśliwie znalazłam jakiekolwiek zdjęcia w jedynej gazecie w naszym domu, starym magazynie fotograficznym mojego Męża (wybaczył mi tę niecną samowolkę).


Porozmawialiśmy sobie chwilę o jesiennych owocach (tu uśmiech w stronę M. od której dostaliśmy pyszne jabłka:).


Na koniec spontanicznie przynosiliśmy przedmioty z otoczenia, które się nam kojarzyły z poszczególnymi porami roku...




cold pack:)

Na spacerze obserwowaliśmy jesienne zmiany w przyrodzie, zbieraliśmy liście i kwiatki.


Róża sama wyprzedziła moje plany i ćwiczyła małą motorykę nawlekając liście na patyczek.


Po powrocie jeszcze sobie pomalowaliśmy (kropkowaliśmy liście patyczkami kosmetycznymi na przygotowanych wcześniej kartkach z narysowanym pniem drzewa i gałązkami). Stefan też i podobało mu się, chociaż nie omieszkał skosztować odrobiny farby.





I jeszcze na koniec nawlekanie liści na "druciki kreatywne"(wyciory do fajek).


jesienna bransoletka od Tola:)

wtorek, 5 sierpnia 2014

zupa z pokrzyw


Tę zupę robiliśmy już chyba ze dwa tygodnie temu.
Ostatnio nie jestem na bieżąco z moimi wpisami, bo bardzo rzadko mam dostęp do komputera na którego potrafię zgrać zdjęcia.
Tak jak w opisie, na powyższym zdjęciu, zupę należy robić z młodych listków pokrzywy, dlatego Linnea (którą już przedstawiałam tutu) proponowała ten przepis w maju. Z tego, co wyczytałam w innych źródłach, takie starsze liście (dostępne w naturze obecnie) są łykowate. My mieliśmy młode pokrzywy lipcowe, które nam niespodziewanie wyrosły w naszych ziołowych ogródkach balkonowych. Jednak nic straconego, podobno wystarczy podciąć gąszcz pokrzyw, aby po kilku dniach odrosły nowe liście. Poza niewątpliwą atrakcją jedzenia zupy z parzącej rośliny, przy której szykowaniu wydzielało się dużo adrenaliny, warto jej też spróbować ze względu na walory smakowe i oczywiście odżywcze. Pokrzywy są bowiem bogatym źródłem witamin i minerałów.
Nasza zupa była inspirowana przepisem Linnei, ale nieco zmieniliśmy recepturę.

Najpierw wspólnymi siłami zerwaliśmy listki, starając się nie poparzyć rąk, a jeśli nam się nie udawało, pocieszaliśmy się, że to samo zdrowie. Byliśmy bardzo dzielni:


 Następnie zabraliśmy się za obieranie włoszczyzny (bo jak tu się posiłkować kostką rosołową, skoro świeże warzywa są już na wyciągnięciu ręki):













Potem oczywiście kroiliśmy (każdy jak potrafi):




 Umyliśmy pokrzywę:




i ziarenka amarantusa (można pominąć ten składnik, albo użyć dowolnej kaszy np.jaglanej):





 Dzieci pokroily liście sparzone wrzątkiem:


 Tolo na wszelki wypadek używał dwóch noży:



Pokrojone warzywa podsmażyłam na maśle klarowanym i zalałam wrzątkiem. Dodałam ziarno amarantusa, pokrojone pokrzywy i posoliłam do smaku. Gotowałam do miękkości:










 Voila!
 Zupa gotowa!



Ilość wyszła nam oczywiście symboliczna, nie najedliśmy się. Róży i mi zupa bardzo smakowała...reszta...hmm miała mieszane uczucia...
W każdym razie trzeba było gotować szybko drugie danie, a skoro miałam tak wspaniałych pomocników pod ręką poprosiłam ich jeszcze o pomoc przy fasolce szparagowej:


A to nie koniec!
Udało nam się przyrządzić jeszcze napój, który smakował już wszystkim, lemoniadę pokrzywowo-miętową:
















 Ponieważ Róży się nieco chlusnęło soku z cytryny dosłodziliśmy napój miodem:

Ponieważ dosładzaliśmy lemoniadę miodem nie obyło się bez degustacji tegoż składnika:


Polecamy pokrzywy!