Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezglutenowa masa plastyczna diy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezglutenowa masa plastyczna diy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2015

Ulepimy dziś bałwana? albo zrobimy coś innego...

Ostatnio narzekałam na brak śniegu, a ten wreszcie wczoraj się pojawił! 
Może nie w jakichś spektakularnych ilościach, ale we wspaniałej konsystencji. Idealny do lepienia. My w końcu nie zrobiliśmy bałwana, ale na naszym placu zabaw było ich już kilka, więc mieliśmy co podziwiać. Stoczyliśmy natomiast śnieżną bitwę z prawdziwego zdarzenia w towarzystwie naszych przyjaciół.
Jak pisałam w poprzednim wpisie,  przedwczoraj, gdy śnieg był jedynie w sferze naszych marzeń, testowaliśmy nową masę plastyczną. 
Jeszcze łatwiejszą w wykonaniu niż poprzednia (o ta), która za to jest bardziej uniwersalna, bo można ją utwardzać w piekarniku i tworzyć z niej np. ozdoby choinkowe, jak my w minione Święta. 



Ta jest za to jeszcze przyjemniejsza w dotyku, nie trzeba jej gotować i potrzeba do niej tylko dwóch składników.
Według tego przepisu na jedną część odżywki przypadają dwie części części skrobi kukurydzianej. Ja zrobiłam na oko, wsypałam tyle skrobi, ile miałam, a Róża z wielką przyjemnością wciskała mi do miski odżywkę, gdy ja ugniatałam, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji.


mury obronne

pieróg

Tolo ostatnio stawia wiele znaków zapytania

bałwany dla leniwych

wałkowanie, Róża do tej czynności zaadaptowała element stojaka na papier toaletowy (za moimi plecami, jak robiłam wpis o śnieżnych pieczątkach:)

brokat

więcej brokatu

sobota, 20 września 2014

Masa plastyczna DIY (bezglutenowa)

Czas na małe wstydliwe wyznanie...moje dzieci niemal nie używają plasteliny i ciastoliny, do tej pory kupiłam chyba tylko jedną paczkę plasteliny i i jeden zestaw ciastoliny...nie ma to nic wspólnego z moim światopoglądem, czy jakąś teorią...wręcz przeciwnie. Wiem, że praca z masą plastyczną jest dzieciom bardzo potrzebna, usprawnia mięśnie rączek, rozwija kreatywność, poza bałaganem, jaki się wokół tworzy ma same zalety...ale o bałagan też nie chodzi...uświadomiłam sobie, że nie znoszę zapachu wyżej wymienionych, no po prostu mnie drażni i denerwuje i nie mogę wytrzymać. Trochę mnie to zawstydziło ostatnio, że przez to ograniczam dzieci. Już dawno widziałam na innych blogach, że różne takie masy można robić samemu! Miałam podpatrzony jeden przepis i jak tylko udało mi się kupić skrobię kukurydzianą, zabrałam się do dzieła (pod osłoną nocy, żeby dzieci w razie czego nie widziały porażki).

Przepis na domową masę plastyczną (pochodzi z bloga Messy Kids )

2 szklanki sody oczyszczonej (ok. 5 opakowań)





1 szklanka skrobii (nie mąki) kukurydzianej









1,5 szklanki zimnej wody (właśnie w tej chwili się zorientowałam, że się pomyliłam i dałam, nie wiedzieć czemu, 3/4 szklanki...acha, to stąd były moje małe problemy*)








wymieszać skrobię i sodę w garnku, dolać zimną wodę























gotować na średnim ogniu do momentu, aż masa zacznie się odklejać od dna i formować w kulę (jak ciasto ptysiowe). U mnie trwało to około 4 min.



















 Gdy wystygnie trzeba ją jeszcze pougniatać.

 do części dodałam trochę barwnika spożywczego.








zimną masę należy przechowywać zamkniętą w szczelnym pojemniku, czy torebce strunowej.







*moje problemy: mi ta masa wyszła sucha, trochę się podłamałam, że zwabiłam się zdjęciami, a wcale nie jest taka super, potem zwaliłam winę na to, że może trochę za długo gotowałam, bo się bałam za wcześnie zdejmować garnek z ognia. Teraz, jak wiecie, okazało się, że po prostu dodałam za mało wody. Udało mi się to naprawić kolejnego dnia, gdy uznałam, że nie mam nic do stracenia i dla próby do części masy wmiksowałam trochę wrzącej wody. Oczywiście nie ma konieczności powtarzać moich błędów, ale w razie czego pamiętajcie o tym triku, bo ostatecznie masa wyszła świetnie!
Jest gładka, przyjemna do ugniatania, da się w niej rzeźbić, a na dodatek ma znośny zapach(hehe).
Podobno można ją utwardzić wypiekając jak modelinę, czy masę solną.
Dzieci pochłonęła.  Przez godzinę w spokoju i ciszy (bez kłótni!) miętolili sobie domową ciastolinę, Stefan się wyspał (on dziś rano miał przyjemność obcowania z tym, co zostało z wczoraj), a ja mogłam sprawnie ugotować obiad.
Fajna jest!